Singapur

Singapur to już ostatni przystanek na naszej trasie. Zatrzymaliśmy się tu na trzy dni; Ania chciała jeszcze trochę skorzystać ze wody i słońca, ja powałęsać się po mieście. Woda owszem, była, nawet w dużych ilościach, jednak nie w formie, na jaką liczyliśmy, bo leciała z chmur. Słońce też się pojawiało, ale z reguły nie wtedy, kiedy woda; Ania była niepocieszona.

Ania karmi ptaki w Jurong Bird Park

Wałęsanie się wychodziło nieco lepiej. Pierwszego dnia obeszliśmy Chinatown, nadbrzeże przy sali koncertowej (zwanej durianem, ze względu na przypominający ten owoc kolczasty dach) i centrum biznesowe, kolejnego zajrzeliśmy do tonącego w strugach deszczu Little India. Ostatni dzień spędziliśmy głównie w Jurong Bird Park, czyli zoo z samymi ptakami – niektóre ptaszarnie były imponujące, np. dwa hektary tropikalnego lasu wraz z trzydziestometrowej wysokości sztucznym wodospadem, zamknięte ze wszystkich stron siatką; mieszkańcy zoo też byli niczego sobie: kolorowe papugi, tukany, pelikany, orły, sowy – dużo interesujących gatunków ptaków. Jest tego tyle, że opadłem z sił po niecałej godzinie, za to Ania bez chwili wytchnienia ganiała od woliery do ptaszarni, od klatki do stawu z flamingami. Mogłaby tam pewnie spędzić cały dzień, ale trzeba się było zbierać na samolot.

Wieczory poświęciliśmy na spotkania ze znajomymi: jeden z moimi dawnymi współpracownikami, Rhojelem i Andym, drugi z Galvinem – kolegą Ani z czasów udziału w konkursie ThinkQuest. To drugie spotkanie odbyło się w odległym o kilkanaście kilometrów od centrum miasta Bukit Timah, na markecie jedzeniowym. Miejsc tego typu jest w Singapurze zatrzęsienie i zawsze mam z nimi problem, bowiem w każdym jest kilkadziesiąt maleńskich kramików, każdy specjalizujący się w jakimś rodzaju azjatyckiego jedzenia. Oględziny kramu z reguły nie wyjaśniają co dokładnie jest serwowane, nazwy potraw takoż; pomagają trochę umieszczone na szyldach fotografie dań, ale głównym problemem pozostaje to, że wybór przyprawia o zawrót głowy. Na ogół moja wizyta w takim miejscu wygląda tak, że przez pół godziny krążę między straganami nie mogąc się zdecydować co zamówić, aż w końcu biorę jakieś nieciekawe, za to bezpieczne nudle albo curry.

Pomoc Galvina i jego żony Charmaine w wyborze jedzenia okazała się nieoceniona. Żeby w przyszłości uniknąć rozterek – i oszczędzić ich czytelnikom tego bloga – wynotowałem poniżej trochę potraw, które dla nas wybrali, i które okazały się wyśmienite:

Po raz pierwszy spróbowaliśmy też duriana. Owoce te to symbol Singapuru, uwielbiane przez miejscowych i osławione na świecie za sprawą specyficznego zapachu. Po przezwyciężeniu bariery jaką jest woń owoc okazuje się być całkiem smaczny, słodkawy, kremową konsystencją przypominający dojrzałe avocado.

* * *

Po pierwszym pobycie w Singapurze, trzy lata temu, zastanawiałem się, czy chciałbym na dłużej zamieszkać w tym mieście. Odpowiedź była negatywna; niby przyjemnie, ciepło i czysto, ale daleko od rodziny i przyjaciół, wokół obca kultura i niewiele do roboty w wolnym czasie, bo kraik jest malutki. Czy od tego czasu coś się zmieniło?

singapurska architektura i zagospodarowanie przestrzeni nam pasuje

Gdy byliśmy w Singapurze przelotem, po drodze z Azji do Australii, uderzyło mnie jak znajome to miasto się wydaje, jak bliskie mi kulturowo, w porównaniu z egzotyką Wietnamu, Laosu, Kambodży i Tajlandii. Podczas obecnego pobytu moja sympatia i podziw dla tego miejsca wcale nie maleje. Jest tu wszystko, czego do wygodnego życia potrzeba; zresztą spójrzmy:

Singapur jest miastem gdzie wszystko wydaje się działać jak należy. Komunikacja miejska jeździ tak jak się od niej tego oczekuje, drogowskazy kierują we właściwą stronę, tablice informacyjne są zrozumiałe, budynki estetyczne, jest porządek i czysto, wszystko jest nowoczesne. Podobało się nam bardzo, i kto wie, może kiedyś pomieszkamy tu dłużej?

29/01/2011