GSB, Bartne-Komańcza

Start

Odkąd zapanował dobrobyt i wolny rynek, w góry dojechać się da tylko własnym samochodem. W zeszłym roku do Świeradowa-Zdroju dotarliśmy z Jeleniej Góry taksówką. Tym razem możliwości dojazdu do Małastowa wydają się jeszcze bardziej ograniczone. Z ratunkiem spieszy mama, oferując, że nas zawiezie samochodem. Podróż na Przełęcz Małastowską mija szybko i przyjemnie, na miejsce docieramy wczesnym popołudniem, potem jeszcze 20 minut spaceru pod górę i jesteśmy w schronisku PTTK.

Schronisko na Magurze Małastowskiej wyglądałoby pięknie, gdyby nie rozpoczęta kilka late temu rozbudowa. Do eleganckiej, drewnianej bryły dokleił się prostopadłościan z gazobetonu. Wewnątrz, w starej, drewnianej części mieści się główna izba oraz sypialnie, zaś dobudówka zawiera ubikacje i łazienkę – a raczej zawierać będzie, bo obecnie z ubikacji działa z grubsza jedna, zaś łazienka składa się z brodzika na gołym betonie i dziur między betonowymi blokami, przez które oglądać można las. Sypialnie widziały lepsze lata: w naszej szyby w oknie zrobione są z foliowego worka.

Gospodarze schroniska rezydowali kiedyś w Chacie Socjologa na Otrycie, i część otryckiego towarzystwa, której mniej jest po drodze z obecnie panującym tam reżimem, jeździ na Magurę. Stan techniczny schroniska na Magurze może pozostawiać trochę do życzenia, za to atmosfera jest bardzo luźna, i zjeść można pyszne zupy z miejscowych ziół. Ale Lubosz i Żyrafka będą tu na gospodarstwie tylko do końca czerwca. Zupy znikną, rozgrzebana budowa zostanie.

Magura Małastowska - Kąty

Wyruszamy rano, w sporym deszczu, odziani w kurtki przeciwdeszczowe, z parasolami w dłoniach. Odprowadzamy mamę na przełęcz, do samochodu, a potem maszerujemy niebieskim szlakiem w stronę Bartnego. Deszcz nie dokucza zbytnio, parasolki i warstwy przeciwdeszczowe wystarczają, żebyśmy nie przemokli do suchej nitki. Najbardziej uciążliwe jest zalegające w niektórych miejscach szlaku błoto – tak już zostanie do końca wycieczki.

Na ten wyjazd spakowałem się ultralekko – szesnastolitrowy plecak, jedna zmiana bielizny, najcieplejsza rzecz to cienka bluza z merynosa. Na chłodnieszjych etapach mam na sobie wszystko poza drugą parą majtek i w trakcie marszu jest w porządku, zastanawia mnie tylko, co będzie gdy na bieszczadzkich połoninach będzie mocno wiało. Na kolejny taki wyjazd powinienem się zaopatrzyć w cienką kurtkę puchową. Nic nie waży i zajmuje mało miejsca, a bardzo dobrze izoluje od chłodu. Tym razem w sytuacji awaryjnej musiałbym chyba jakoś przyodziać śpiwór. Marek wyposażył się bardziej odpowiednio, nosi dwa razy więcej, ale ma polar i soft shell, jak będzie bardzo źle to będę mógł je pożyczyć.

Po trzech godzinach marszu w deszczu dochodzimy do bacówki w Bartnem. To też schronisko zarządzane przez byłego gospodarza otryckiego, Andrzeja, dawniej, i dla przyjaciół, Lenina. Zjadamy tam lancz, Marek nawiązuje konwersację na temat Otrytu. Dowiadujemy się, że kiedyś przyjeżdżały tam same nietuzinkowe postacie, a teraz środowisko w okół chaty się zdegenrowało. Dostajemy też użyteczny tip: największe bagno na GSB znajduje się niecały kilometr dalej i leży na dwóch bokach szkółki – należy je obejść pozostałymi dwoma bokami.

Na koniec dnia strome zejście z Kamienia w stronę Kątów. Robi się ciemno, wpadamy co jakiś czas w bagna, a Markowi zaczyna dokuczać kolano. Na umówiony nocleg w agroturystyce w Kątach docieramy po 22, udaje się jeszcze wyrwać gospodynię z łóżka, pozwala nam zostawić mokre rzeczy na piecu. Do rana będą z grubsza suche. W pokoju za to zimno, ale za to można wziąć ciepły prysznic. Rozkładamy całą pozostałą, wilgotną zawartość plecaków na wolnych łóżkach i idziemy spać.

37.4 km, 12.5 h

widok na zielone góry na GSB

Kąty - Iwonicz-Zdrój

Rano śniadanie pod sklepem w Kątach, i ruszamy dalej. Wypogodziło się, świeci słońce i jest optymistycznie. Marka kolano zregenerowało się przez noc, idziemy bez przeszkód przez Łysą Górę i Polanę, do Chyrowej, gdzie liczymy na obiad w schronisku. W Chyrowej okazjuje się, że to nie schronisko, tylko ośrodek wypoczynkowy, zamknięty w tej chwili. Udaje man się jednak dodzwonić do gospodyni, która przyjażdża po paru minutach i oferuje nam rosół oraz pierogi ruskie. Siadamy przed budynkiem, pod foliowym daszkiem, i jemy, a tym czasem na horyzoncie pojawiają się ciemne chmury. Początkowo nie wyglądają groźnie, jednak wystarczy dwadzieścia minut aby zerwała się burza i gradobicie. Mieliśmy szczęście, że nie złapały nas gdzieś na szlaku. A tak, po 15 minutach, spokojnie wyruszamy, świeci słońce, tylko temperatura spadła o dobre kilka stopni i znów muszę ubrać się we wszystko, co mam, z kurtką przeciwdeszczową włącznie.

Na trasie mamy jeszcze tego dnia dwie atrakcje. Pierwsza to sanktuarium Św. Jana z Dukli, bardzo ładnie położone i mieszczące źródełko, w którym możemy napełnić bukłaki wodą, bardzo smaczną, zdaniem Marka – ja tam nie odróżniam smaku wody, chyba, że jest rzeczywiście źle. Zejście z sanktuarium zdobią tablice z sentencjami o bogoojczyźnianym i patriarchalnym charakterze; ścieżka nosiła imię Stefana Wyszyńskiego, z niego to więc zapewne były cytaty. Drugi, i lepszy jeszcze interesujący punkt, to wieża widokowa na Cergowej. Sama konstrukcja jest już bardzo ładna, wysoka, z potężnych krzyżujących się belek. Widok z platformy widokowej jeszcze lepszy, widać Krosno, a przy przejrzystym powietrzu nawet i Tatry. Trafiamy na szczyt trochę przed zachodem, światło i widoki są rewelacyjne.

Nocleg mamy zaplanowany w Iwoniczu-Zdroju, znów mamy obsuwę czasową, tym razem zadzwoniliśmy, żeby się nas w hotelu (Natura Wellness & Spa) spodziewali około północy. Znów strome zejście, Marka kolano się odzywa, po zmroku trafiamy na szosę, i nią jeszcze drepczemy 5 km, przez lubatową, do hotelu faktycznie docierając trochę przed północą. Bardzo zmęczeni rozgaszczamy się w pokoju, biorę prysznic. Woda ciurka niemrawo. “Może się rozkręci”, myślę – ale, jak to w takich sytuacjach bywa, strumień znika niemal kompletnie w momencie, gdy stoję namydlony. Mydło z trudem spłukuję ostatnimi kroplami kapiącymi z końcówki prysznica.

35.7 km, 14 h

Iwonicz-Zdrój - Chata w Przybyszowie

Rano Marek próbuje skorzystać z prysznica, woda kapie tak jak zeszłego wieczora, idzie więc na recepcję, gdzie dają mu klucz do sąsiedniego pokoju. Tam prysznic działa jak należy, w odróżnieniu od spłuczki do kibla. Gdy oddajemy klucz i wspominamy o tym recepcjoniście, słyszymy, jak kolejny gość skarży się na taką samą usterkę. Hotel zbudowany był w 2015 roku, wedle opisu ma “wyposażenie pokoi w standardzie czterogwiazdkowym”. Śniadanie w pakiecie za to zupełnie w porządku i oszczędza nam sporo czasu w porównaniu z kombinowaniem na własną rękę. Dzień jest jeszcze ładniejszy niż wczoraj, znów więc wyruszamy w dobrych nastrojach.

W Rymanowie-Zdroju spotykamy pierwszego wędrowca podążającego GSB w przeciwnym kierunku. Robi cały szlak, wyruszył z Wołosatego trzy dni temu, pokonuje ponad 50 km dziennie. Później spotkamy jeszcze kilka osób i okaże się, że to standard wśród tych, którzy mają ambicję przejść cały GSB. Nam zaś spacerowe tempo całkiem odpowiada.

Na zakończenie kolejnego szosowego odcinka, przez Tarnawkę i Puławy, trafiamy do restauracji Amadeus by Kiczeraski, kuchnia austriacko-czeska. Wielki jak tależ Wiener Schnitzel z prawdziwej cielęciny, gulasz z knedliczkami, piwo i puchar lodowy nastrajają nas pozytywnie przed ostatnim odcinkiem tego dnia: do Chaty w Przybyszowie. Biorąc pod uwagę doświadczenia ostatnich dóch dni, znów zapowiadamy się telefonicznie na późny wieczór. Telefon na Facebooku i w Google Maps okazuje się być nieaktualny, ale od spotkanego wędrowca dostajemy ten właściwy. Wieczorne zejście z Tokarni do Chaty nie pozostawia wątpliwości: z kolanem Marka nie jest dobrze, następnego dnia trzeba będzie się rozejrzeć za możliwościami skrócenia trasy i transportu na Otryt.

Chata w Przybyszowie, gdzie docieramy o 23, okazuje się uroczym górskim szałasem z jedną izbą i piętrową pryczą. Prócz nas zatrzymują się na tę noc czterej rowerzyści górscy. Gospodyni, Ola, jest przemiła, miło późnej pory oferuje napar ziołowy. W chacie brak jest bieżącej wody, jest za to trochę światła z paneli słonecznych, i do wychodka nie jest daleko. Znakomite miejsce noclegowe na GSB.

34.6 km, 13.5 h

Chata w Przybyszowie - Komańcza

Rano po grupowym śniadaniu przyrządzonym przez Olę (szakszuka górska, znakomita) ruszamy do Komańczy, gdzie chcemy złapać jakąś podwózkę w stronę Otrytu. Pogoda znów piękna, idzie się dobrze, trochę szkoda, że bedziemy kończyli w połowie zaplanowanej trasy, że nie zobaczymy chatki pod Chryszczatą i schroniska Koliba – ale możliwość kontuzji jest wpisana w takie przedsięwzięcia, fajnie, że udało się przejść i połowę.

12.8 km, 4.5 h

Chata Socjologa

W schronisku PTTK Komańcza dowiadujemy się, że na transport publiczny nie ma co liczyć, nic nie jeździ do Wetliny ani Cisnej. Jemy więc pizzę (taka sobie) i udajemy się do wsi, żeby w sklepie zapytać, czy ktoś by nas nie podwiózł. Ledwie wychodzimy na szosę, nadjeżdża PKS. Jedzie tylko do Nowego Łupkowa, ale to nasz kierunek, wsiadamy zatem. Na kolejny odcinek próbujemy łapać stopa, i po pięciu minutach zatrzymuje się przy nas bus: Darek, właściciel agroturystyki w Komańczy, jedzie akurat do Dwernika odebrać materac. Dowiadujemy się, że pochodzi z Ursynowa i przez 20 lat był w Warszawie taksówkarzem. W marcu tego roku przeprowadził się z rodziną do Komańczy. Planuje nocować wędrowców z GSB, oferując im pakiety zawierające odbiór paczek z czystymi ciuchami i wysyłkę brudnych.

Ostatecznie w Chacie Socjologa lądujemy we środę po południu i zamiast jednego wieczoru spędzamy tam ponad trzy dni. Na długi weekend przybywa pełno gości, życie towarzyskie kwitnie w kuchni i sali kominkowej, ja kładę się koło północy, ale Marek do białego rana rozprawia o życiu, religii i innych ciekawych sprawach. Poza tym, i wyprawami do Chmiela na ognisko oraz do Lutowisk po zakupy, relaks. Jeden dzień spędzamy na łące podziwiając chmury, drzewa i zioła kołyszące się na wietrze.

Brzegi Górne - Dwernik

Udało nam się przejść jeszcze jeden fragment zaplanowanej trasy: końcówkę, z Brzegów Górnych do Dwernika. Podjechaliśmy samochodem do Brzegów weszliśmy na Połoninę Caryńską. Dużo ludzi, ale za to imponujący widok na Wielką Rawkę i inne szczyty, gdzie ostały się resztki śniegu. Potem zejście zielonym szlakiem do Koliby, a stamtąd po posiłku, niebieskim szlakiem do Dwernika. Końcówka drogi była tak zryta przez maszyny zrywające drewno, że trzeba było przedzierać się lasem. Z Dwernika musiliśmy łapać stopa do Brzegów, gdzie został samochód, i znów mieliśmy szczęście: po paru minutach zostaliśmy zabrani przez Krzyśka, laureata drugiego miejsca w Biegu Rzeźnika. Wraz z kolegą z drużyny przebiegli 83 km w 10 godzin. To niewiele więcej, niż nam zajęło tego dnia pokonanie niecałych 18 km.

17.6 km, 8.5 h

Meta

Ostatnią niewiadomą był powrót do Warszawy. Tu zadziałał urok osobisty Marka, okazało się bowiem że towarzysząca nam w spacerze przez Caryńską i Kolibę Agata ma trzy wolne miejsca w samochodzie. Agata w noc przed powrotem “zasiedziała się” i spała tylko 3 godziny, Marek około dwóch, za to ja byłem świeży jak skowronek, siadłem więc za kierownicą samochodu Agaty. Jedyne emocje podczas powrotu wiązały się z rozładowującymi się komórkami i brakiem nawigacji. Pomimo tych trudności, około północy dotarliśmy do mety przy Dworcu Wileńskim.

21/07/2021