Granie Turbacza

Dojazd

PKP, ale z Krakowa jest bus; orientuję się dopiero w pociągu, choć na bilecie jest na czerwono: bus zastępczy. Trochę korków, w stronę Krakowa pierwsze trzy kilometry to 40 minut, ale mimo tego daję radę, zdążamy na nasz pociąg. Otwarte wagony są lepsze niż przedziały. W przedziale nie da się rozprostować nóg, i jest problem jak współpasażer brzydko pachnie albo głośno słucha muzyki na słuchawkach.

Na stacji w Nowym Targu wpadamy w łapy taksówkarza, już nas nie opuści do końca wyjazdu. Wozi na szlak i do knajpy, zatrzymuje się przy sklepie, radzi gdzie zjeść śniadanie. Raz tylko musieliśmy poczekać godzinę, bo akurat był na meczu. Podhale pokonało Resovię 1:0, już mu brakuje tylko punktu do Siarki.

Śnieg

się utrzymuje przez kilka dni. Na słońcu gorąco, w cieniu zimno, ale nie wykorzystujemy wszystkich warstw. Kurtka z primaloftu przydaje się dopiero do położenia pod tyłek, gdy kładziemy się w krzakach jagód, na mokrej od topniejącego śniegu ziemi, i przez godzinę podziwiamy chmury. Zmieniają się nieustannie, tak jak nasza sytuacja. Jednego dnia wydaje się, że jesteśmy w najgorszej dupie, ale po jakimś czasie się układa.

https://live.staticflickr.com/65535/51600652514_dd7e72c884_b.jpg

Dużo tu papieża, chadzał kiedyś tymi szlakami. Marek mówi, że w polsce trójca święta to Jezus, Matka Boska i JP2. Spotykamy strażnika parku, ma siekiero-ciupagę, sam zrobił. Podobno przydaje się na krnąbrnych turystów, a i można gwoździk przybić albo gałązkę urąbać. Powiedziałby nam co myśli o drewnianych chodnikach, leżących tu i ówdzie na szlaku na Gorc, ale jest jeszcze w pracy.

My za to nie mamy zahamowań żeby mówić co myślimy o motorach na szlaku. Bardzo nam się nie podobają, a jeździ nich sporo, zwłaszcza zielonym między Nowym Targiem a Obidową. Pieszych też dużo, ale nie przeszkadzają aż tak. W końcu to weekend, piękna pogoda, szlaki łatwo dostępne.

Żarcie

na Turbaczu podobno najlepsze w polskich górach. Menu zajmuje wielką tablicę. Szarlotka, smażone rydze, placki ziemniaczane, naleśniki, kotlety, kawa z ekspresu — choć ta akurat niesmaczna. Wszystko na wielką skalę, bo przez schronisko przewalają się tłumy. Budynek niczego sobie, kilkadziesiąt pokoi, a mimo tego nie mają dla nas miejsca z soboty na niedzielę. Tylko kibli mało, trzy na piętro.

W schronisku nie ma miejsca, więc ostatnia noc w Nowym Targu. Gramy w bilard i jemy. Absynt miał swoje pięć minut sławy gdy odwiedziła go Magda Gessler. Można te pięć minut oglądać w kółko na telewizorze za barem. Wystrój odjazdowy, Gaudi, Alicja w krainie czarów i psychodeliczna halucynacja w jednym. Jedzenie robi mniejsze wrażenie, choć do łopatki jagnięcej trudno się było przyczepić. Kaprys z pretensjami, szklana ścianka z płynem i bąbelkami, atmosfera weselno-małomiasteczkowa. Śniadanie całkiem niezłe. Szef za barem bezbłędnie identyfikuje nas jako wychowanków ostatniej dekady XX w i puszcza przeboje 2Unlimited.

W Deja Vue (sic!) też lata 90, ale z innej parafii zupełnie — grunge. Dobrze się komponuje z ristretto i mało słodkim, mocno tłustym tiramisu. My, sybaryci!

Turbacz

18/11/2021